RSS
poniedziałek, 04 listopada 2013

Tak jakby jesień, czy coś.. ? drzewa ogołocone z liści, poranki chłodne, całymi dniami pada deszcz, wieje silny wiatr, szybko robi się ciemno. Port w Stavanger świeci pustkami. Norwegia pokazuje swoje mniej przyjemne oblicze.... i tak do wiosny. Koty przyodziały już swoje zimowe futra, ale mimo to chętnie przychodzą ogrzewać się w pokoju. Część ogrodu udało mi się już uprzątnąć z opadłych liści...

Byłam też już ostatni w tym roku raz w odwiedzinach w Polsce u mamy i Maszki. Następna wizyta dopiero w lutym. 

Dotarły też już upragnione ulotki firmowe. Najwyższy czas zcząć je roznosić po skrzynkach... niech coś się już wreszcie zacznie dziać!

Firmowa strona gotowa, teksty przetłumaczone, cennik dopracowany. Trochę zdjęć powrzucanych. 

Jak ktoś ciekaw to może zerknąć  happypetsno.com

Pozdrowienia :)

niedziela, 08 września 2013

Postanowiłam zmienić tematykę bloga. Od teraz będzie o statkach...  o moich ulubionych kolosach, statkach pasażerskich, które wpływają do portu w Stavanger.

W czwartek przez przypadek odkryłam stronę, która podaje dużą ilość informacji na temat ogromnej ilości statków... są ich setki... można się dowiedzieć gdzie są i dokąd płyną z jaką prędkością i jaki jest szacowany czas przybycia do kolejnego portu.... :D oczywiście do tego wszystkiego jest googlowa mapa, pokazująca obecne położenie statków oraz ich kurs. Są też rzecz jasna masy zdjęć.

No więc czwartkowym, późnym wieczorem przybyły do portu dwa kolosy. Niemiecki DEUTSCHLAND i pod banderą maltańską  CELEBRITY ECLIPSE. 

Ja do Stavanger mogłam się wyrwać dopiero w piątek wczesnym popołudniem. Statki na szczęście jeszcze stały, więc udało mi się je obfocić zanim przyszła kolejna ulewa i burza. 

Obydwa wyszły na pełne morze wieczorem tego samego dnia.

Dziś za to obecność kolejnego kolosa mnie zaskoczyła.. 

Zmyliło mnie to, że odśweżałam tylko listę przybyłych statków a nie sprawdziłam listy statków, które mają przybyć do portu. Więc na miejscu nie pozostało mi nic innego jak tylko zanotować nazwę statku i sobie o nim poczytać w domu... 

Dzisiejszy statek to kolos o nazwie CROWN PRINCESS. Akurat przybijała do brzegu jak weszłam do portu. Bezcenne wrażenie jak taki kolos przesuwa się zaledwie o centymetry a wszystkie mniejsze stateczki, łódeczki i inne "pływajki" kołyszą się na wszystkie strony, bo księżniczka taki ruch wody powodowała. No i potem cumowanie. Do jednej liny cumowniczej potrzeba trójki ludzi, którzy stoją na brzegu i holują po kolei, każdą linę cumowniczą.... jedna lina to niemalże moja talia... 

Ciekawe ile jeszcze uda mi się "złapać" statków zanim sezon dobiegnie końca... tak czy siak będę się starała zjawiać w porcie jeśli jakiś kolos się pojawi.. a od wiosny to już będzie istne szaleństwo :D 

Galerie bedą "nazywane" datami publikacji wpisu na blogu, powinno być w miarę przejżyście.....

czwartek, 22 sierpnia 2013

Powoli do przodu. Firma zarejestrowana. konto w banku założone, numer tymczasowy załatwiony. Jeszcze trochę tej lataniny urzędowej przede mną ale dzielnie daję radę :)

a w między czasie... staram się dobrze odżywiać, dużo spać i jak najwięcej czasu spędzać poza domem. Wieczorami uczę się obu języków, choć ostatnio jakby bardziej wolę norweski. 

Pogoda, póki co nas rozpieszcza, mamy tu śliczne lato. Dużo słońca, bardzo ciepło... 

Na koniec miesiąca jedę się wizytować na 4 dni do PL. Po powrocie do NO ruszam w miasto roznosić firmowe ulotki...

Znów mam na podorędziu stadko kociąt, 3 od jednej kotki i jedno kocię od drugiej.... wszystkie cztery czarne jak węgielki z jeszcze przez chwilę niebieskimi oczami... :)  

Naszła mnie ostatnio taka refleksja... fajnie jest mieć dwa domy... zawsze to dodatkowa garść pozytywnych emocji jeśli się odwiedza któryś z nich... obydwa są ważne, potrzebne.... Obojętnie, na której ziemi ląduję to zawsze się cieszę... czy to jak odwiedzam PL czy to jak wracam do Norwegii... lubię bardzo te moje powroty.. zarówno do jednego jak i drugiego kraju :)

Dodaję do zakładek dwie galerie... 9 i 10..

 

poniedziałek, 01 lipca 2013

Wczorajszy dzień...

Miałam się wybrać do Stavanger... miałam.... przeglądając norweskie ogłoszenia natknęłam się na zdjęcie gęsi na sprzedaż, które w tle miały śliczny krajobraz.... zerknęłam na mapkę dojazdu i porównałam z google maps... i tym oto sposobem o 9:20 wyszłam z domu by podreptać najpierw do Sandnes a potem w kierunku Homersok a potem odbić między jeziorami na Alsvik..Nawet gęsi znalazłam! Pogoda mi zdecydowanie dopisała. Ciepło, z lekkim zachmurzeniem, często wyglądało słoneczko. Gdy dotarłam do Alsvik poszłam za dwojgiem ludzi którzy mieli pewnie jakiś większy zamysł swojej wycieczki... potem minęła mnie trójka ludzi z czarnym labkiem. i to ostateczne za nimi sobie szłam.. oni wiedzieli gdzie idą - ja nie...  masakra gdzie oni "mnie przeciągnęli"... pamiętam moment gdzie poczułam pierwszą wilgoć w bucie... ot lekko podmokły teren... gdybym ja wiedziała, że .... że będę po kostki dreptać w błotnistej brei.... :D no cóż w końcu poniekąd świadomie zdecydowałam się na spontan... oczywiście się pogubiliśmy schodząc z jednej góry i probując wejść na drugą... widoki bezcenne, zdjęcia oczywiście nie oddają tej przestrzeni.... spaliłam sobie słońcem twarz, obie ręce i kark...  schodząc z drugiej góry, miałam już serdecznie dość i marzyłam tylko o tym, żeby już wrócić do Alsvik i zacząć powrotną drogę do domu... lewe kolano zaczynało corazbardziej dokuczać a tu ciągle ostro z górki pomiędzy głazami w błocie, aparat już dawno w plecaku, bo wolałam się skupić na schodzeniu niż jeszcze zdjęcia robić..  ostatnie 40 minut wracałam już zupełnie sama, tak średnio po szlaku... bo co go znalazłam to znów go gubiłam.. ostatecznie jednak udało mi się odnaleźć drogę do Alsvik i potem już znaną mi drogą zaczęłam wracać w kierunku Sandnes. Wczoraj wykończona niemiłosiernie dziś nawet zakwasów nie mam :) jedyne co dokucza mi jeszcze piekąca twarz i ręce. Buty... będę je ratować... bo je lubię.. ale wyglądają niezaciekawie... 

Za 9 dni lecę do PL :) już odliczam dni i nie mogę się doczekać spotkania z Mamą i Maszką. 

Coraz bliżej też rejestracja firmy... :) 

Galeria nr 8 to zbiór zdjęć z wczorajszej wyprawy.


sobota, 18 maja 2013

Mały come back.

Coraz więcej ludzi się pyta co u mnie i dopytują dlaczego nie ma nowych wpisów, tu.. na blogu. Rutyna i szara codzienność, ot po prostu... w zasadzie u mnie wszystko po staremu. Mniejwięcej. Mamy tu śliczną norweską wiosnę, która choćby dziś do złudzenia przypomina tę polską.. :) gorąco wręcz, słonecznie, z lekkim tylko wiaterkiem.... jakby pogoda schizofrenię miała i nie pamiętała, że jeszcze dwa dni temu było brzydko, szaro, deszczowo i zimno....  uwielbiam tę norweską zmienność pogodową.. nigdy nie jest nudno :) zakwitły drzewa owocowe, więc latam z aparatem i fotografuję te dalikatne, biało- różowe płatki kwiatów, i te listki młodziutkie, soczysto -zielone. Szkoda, że na zdjęciach nie można oddać tych zapachów, powiewu wiatru i innych takich... Ostatnio trup mi się ściele gęsto.. mam tu na podorędziu dwie kotki, te z ubiegłego roku, obie się niedawno kociły.. tyle, że nie miały pojęcia co dalej z kociętami robić..  obie miały po 4... a ja w drugiej dobie obu porodów miałam 8 tupków kocich do wyniesienia... miałam dwie świnki, niestety zostałam z jedną.. :( Co by tu jeszcze.... Nie mam bladego pojęcia kiedy uda mi się odwiedzić PL. narazie widoków nie ma... Chciałabym wyskoczyć na kilka dni choć w drugiej połowie czerwca, ale nie wiem czy się uda.. no i napewno jeśli już to tylko na kilka dni.. więc musiałabym się zdecydować czy lecieć do mamy (na Gdańsk) czy do sióstr (na Katowice)... bo obu miejsc raczej nie uda mi się "zaliczyć". Planujemy też z koleżanką otworzyć własną firmę. Planowany start na sierpień. Nic więcej nie zdradzam bo nie chcę zapeszać... robimy swoje... :) Ja ostatnio nabrałam więcej chęci do nauki norweskiego i nawet mi się to uczenie i poznawanie ichniego języka podoba... ciekawe na jak długo... :) Stałam się maniaczką popcornu. w zasadzie nie ma dnia, żebym nie zjadła choć jednaj paczki (wiecie- tej wkładanej do mikrofalówki). 

No nic, to chyba narazie tyle.. postaram się pisać na bieżąco jakieś tam... coś.. :) Pozdrawiam wiosennie.. póki co :)

środa, 12 grudnia 2012

Śnieg zaczął padać w nocy... i padał przez cały dzisiejszy dzień.... ja wracając do domu o 13:00 uzmysłowiłam sobie, że nie mam klucza do domu... napisałam smsa do Shaisty, o której wraca z pracy .. odpisała, że o 15:30.... śnieg ciągle sypał.... o 16:50 zadzwoniła Shaista, że utknęła w jakimś gigantycznym korku i do tego auto nie chce jej zapalić, stoi na środku drogi i powoduje dodatkowy zator... nie wie kiedy wróci... ja zmarznięta na kość poszłam poprosić sąsiadów- polaków o przeczekanie...  dostałam dwie gorące harbaty i naleśniki z dżemem... :) o 18:30 przyjechała Shaista i Shan.... śniegu prawie po kolana i nadal mocno sypie.... Shan zakopał auto Shaisty na podjeździe i nie mógł go ruszyć.... ja, jak się okazało zgubiłam klucz od domu.... Shaista poinformowała mnie, że wyjeżdżają z Shanem na wakacje w sobotę i nie bedzie ich przez 8 dni.... ja już czuję jak zaczyna mnie łamać w kościach... nie wiem czym jutro zamknę drzwi od domu .... czy coś jeszcze się dziś wydarzy ??? 

Miasto i wszystko w koło jest przykryte półmetrową warstwą śniegu... ma przestać padać dopiero jutro po południu.... podobno nie było tu takiej ilości śniegu od conajmniej 5 lat... a niby Norwegia to taki śnieżny kraj.... a tu co... totalny paraliż... :) Ja rozumiem, że w Polsce zima może zaskoczyć drogowców nawet w połowie grudnia, ale w Norwegii?? Nie wiem czy śmiać się czy płakać? 

sobota, 08 grudnia 2012

Coraz bardziej świątecznie.. na każdym kroku.. od oświetlonych norweskich domków, po świętych mikołajów spotykanych na każdej ulicy. Przed świąteczna gorączka z pewnością ogrzewa powietrze w około.

Mnie dopada czasem nastrój świeczkowy więc mam w pokoju pełno ich pozapalanych :) i bawię się woskiem :)

Dziś byłam rekreacyjnie połazić po Stavanger.... niedaleko portu stanęła ogromna choinka, oświetlona białymi lampkami.... pod choinką stało stadko muzyków i było naprawdę świątecznie z tych ichnimi piosenkami :) 

Zabieliło nam się w koło... zupełnie inaczej się pobliskie góry teraz prezentują niż wcześniej, też ładnie. Wybrałam się ostatnio przecierać nowe szlaki, tym razem chciałam odnaleźć plażę na Kleppe.. i odziwo znalazłam idąc na czuja :) jednak dogtrekkingowe zmagania z mapą przynoszą efekty i teraz trafiam w docelowe miejsca nawet bez mapy :) Oczywiście jak kontrolnie zapytałam napotkaną norweżkę o drogę na ową plażę to zdziwiona stwierdziła, że tu nie ma żadnej plaży.... myślałam, że śnię... ale naszczęście była plaża i to całkiem ładna i ogromna :) to nic, że cała w śniegu. Przebijające się przez nieszczelne chmury słońce dawało cudowne refleksy i grę światła :) do tego wiatr wiejący od morza, które było całe spienione.... 

Jutro też się tam wybieram, tyle że już z naładowanym aparatem i znajomym :) Może pogoda dopisze i bedą jakieś ciekawe ujęcia :) jak byłam ostatnio to oczywiście było genialne światło i pogoda ale co z tego jak w aparacie padły baterie i mogłam tylko telefonem zdjęcia robić... 

No nic to tyle narazie ode mnie. Jak będą zdjecia, oczywiście podlinkuję galerię..

Pozdrawiam :)

Edit: podlinkowałam galerię nr 7 z wycieczki na plażę w Kleppe (9.12.12)

poniedziałek, 12 listopada 2012

Poznaję sukcasywnie nowych ludzi, więc i możliwości pojawia się więcej.... wybrałam się ostatnio, a w zasadzie zostałam wyciągnięta przez znajomych na dyskotekę..... na początku jak to ja siedziałam i w sumie wolałabym żeby mnie tam nie było.... ale po dwóch lapmkach białego wina jakoś mi się odmieniło..... tom się potem wyszalała za wszystkie czasy... :)  no i oczywiscie obserwowanie ludzi.... może tymi spostrzeżeniami się nie będę tu z Wami dzielić.... :P musielibyście to sami zobaczyć... :) Norwedzy są dziwni.... i imigranci też są dziwini..... przynajmniej na dyskotekach... :P 

Otwierają się powoli przede mną nowe możliwości pracowo-mieszkaniowe. Jeśli się uda i plan wypali to od stycznia zmienię miejsce zamieszkania i najprawdopodobniej będę mogła ściągnąć w końcu Maszkę! Siedzę jak na szpilkach i wierzę, że się uda...

Pozdrowienia Kochani... 

niedziela, 04 listopada 2012

Po  stracie Nadii trochę trwało zanim weszłam w nową skórę... wszystko się mi przewartościowało... ale tak to już jest gdy się traci kogoś bliskiego... cała rzeczywistość się zmienia....

Narazie oswoiłam tę norweską... w styczniu przyjdzie mi się zmierzyć z polską rzeczywistością, bez Rudej.... 

Teraz jest dobrze. Pracę mam nadal domkową, czasem drażni czasem cieszy. Pieniądze się powoli odkładają same, po prostu nie mam na co wydawać :) Założyłam jakiś czas temu małe akwarium, zakupiłam 5 neonków i poprosiłam jeszcze w gratisie o kilka ślimaków.... oczywiście rybki mi padają jedna po drugiej więc myślę, że w przyszłym tygodniu zostanę już tylko z samymi ślimakami... standart. 

Na święta zostaję w Norwegii, ceny biletów lotniczych powalają na kolana (nie tylko mnie)... spędzę je na wyspie, niedaleko Stavanger, na Rennesøy, w towarzystwie Iwony, Jacka, małego Franka i malamutki Mojry... zawsze to lepiej głaskać nieswojego malamuta jak się nie moze pogłaskać i przytulić własnego.... 

Za to jak przylecę do Polski w styczniu to spędzę z Maszą całe cudne 3 tygodnie.... :) Dla odmiany ląduję i startuję z Gdańska, nie z katowickich Pyrzowic. 

Mój norweski tydzień wygląda tak, że w poniedziałek ogarniam swój domek...we wtorek ogarniam domek Natalki, polki mieszkajacej w dzielnicy Hinna, od 18 do 21 mam kurs norweskiego w Stavanger. W środę ogarniam domek Niny, norweżki mieszkającej w dzielnicy Stokka. w czwartek regeneruję nadwątlone siły. w Piętek ogarniam znów swój domek i dodatkowo domek Ingvil, która mieszka 3 domki dalej w mojej dzielnicy. W weekend się beztrosko obijam szykując siły na nowy tydzień. W między czasie cieszę się pogodą (deszczową, wietrzną, ponurą, słoneczną i jakąkolwiek tak naprawdę) staram sie chodzić na spacery nad fiord. Apartu nie zabieram.... bo uważam, że nie zawsze musi wszystko uwieczniać.. poza tym nie chce mi sie go ze sobą taszczyć w każde miejsce więc zostawiam go w domu. 

Wczoraj na przykład wybrałam się na mini zakupy do centrum handlowego.. i nieoczekiwanie spędziłam tam ponad 2 godziny. Ale przez ponad 1,5 siedziałam na ławeczce i wsłuchiwałam się w fortepian. Otóż na środku jednego z pięter siedział sobe pan przy fortepienie i grał cudne melodie.... no po prostu nie mogłam przestać słuchać... co chwilę miałam łzy w oczach i kluskę w gardle.... ludzie wokół  zabiegani, obładowani torbami z zakupami a dla mnie czas się zatrzymał.... na te 1,5 godziny byłam zupełnie w innym świecie :) Swoją drogą kto by pomyślał, że nawet w takim miejscu można poczuć tak wyjątkowe emocje... :) Oczywiście jak tylko wróciłam do domu to zaczęłam przekopywać internet w poszukiwaniu różnych utowrów tego typu... już zobiła się mi z tego spora kolekcja :) siedzę i słucham i co rusz wynajduję coś nowego. 

Pozdrawiam serdecznie Kochani...




sobota, 06 października 2012

Dużo deszczu, coraz zimniej.... już za nami pierwsze opady śniegu, mimo iż to południe Norwegii... fioletowy polar i trampki powoli odchodzą w zapomnienie... trzeba ubrać cieplejsze buty i nieprzemakalną kurtkę.... szalik i czapka, że o rękawiczkach już nie wspomnę, stają się codziennym dodatkiem. Jasno za oknem robi się dopiero przed samą 8;00 a ciemno ok 18:00 To moja pierwsza jesień w Norwegii więc tak czy siak chłonę tę pogodę jak gąbka. Ostatnio stwierdziłam, że ja to w ogóle lubię pogodę.. jakąkolwiek..... lubię deszcz, śnieg, słońce, wiatr... z wkażdej pogody się cieszę i lubię ją obserwować...

Praca narazie bez zmian, dorywcza. Kupiłam dziś sobie kwiatka... Mam coprawda jednego, adoptowanego storczyka, ale dziś kupiłam skrzydłokwiata :)  mam jeden parapet, na który nie wskakują koty więc ma tam mój kwiatek bezpiecznie i jasno :) skrzydłokwiat to roślina wodna więc mogę nieuważać na zbyt obfite podlewanie, nie to co u storczyka, którego mogę podlać tylko raz w tygodniu i nadmiar wody usuwać z podstawka by korzenie nie gniły....

Jak wracałam w środę z lotniska w Stavanger do domu, do Sandnes to pomyślałam sobie, że wracam do tej mojej norweskiej rzeczywistości. Ale wiecie co... lubię to.. lubię tę moją norweską codzienność. Dobrze mi tu na tyle na ile to możliwe. Zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę podejmując decyzję o wyprowadzce z Polski skazałam się na wieczną gdzieś tam tęsknotę... Jak jestem w Norwegii to tesknię za tym co zostawiłam w Polsce.. A teraz po tych 4 miesiącach życia w Norwegii widzę, że gdy jestem w Polsce to brakuje mi już  Norwegii.... Przychodzi mi na myśl jedno takie zdanie "wszędzie dobrze gdzie nas nie ma" :) choć ja staram się cieszyć ze wszystkich chwil i z tego czasu... zarówno z tych odwiedzin w Polsce jak i tych moich początków w Norwegii... i tak jest dobrze...

 
1 , 2 , 3